środa, 16 lipca 2014

Lunch z Virginią






by Lady Ottoline Morrell 1924

flora Charleston by Annie Leibovitz 



W National Portrait Gallery w Londynie trwa właśnie wystawa "Virginia Woolf: Art, life and vision", gdzie za pośrednictwem ponad 100 prac starano się sportretować życie i osiągnięcia pisarki. Wśród materiałów archiwalnych poza obrazami, rysunkami, zdjęciami i korespondencją z licznego kręgu rodziny i przyjaciół, znalazł się - udostępniony przez  British Library - również i ten list, jaki w wieku 59 lat Virginia napisała do swojej siostry Venessy Bell zanim kamieniami napełniła kieszenie i ruszyła po raz ostatni nad rzekę Ouse, nieopodal zamieszkiwanego Rodmell.
Śmierć splatała się z jej życiem w dziwnym uwielbieniu, a może w niepojętej i tragicznej konieczności zakończenia czegoś w sobie, czego - w tym jednym przypadku, albowiem było ich wcześniej kilka - nie przeniosła w kolejną powieść, nie obdarzyła fabułą, lecz potraktowała dosłownie. Wiele razy się zastanawiałam czy stała za tym faktycznie choroba, czy wyparta autoagresja, jaka nierzadko takie zaburzenia powoduje, a którą obdarzyła siebie jeszcze we wczesnej młodości. Ofiara nadużyć seksualnych, tak bardzo modna w latach 80. i tak bardzo tym stereotypem chroniona, ponad dekadę potem, w "Godzinach" pojawi się już bez ochrony, 'odpolityczniona' i pozbawiona swej elitarności, szlachetności, wdzięku. Zła na siebie, zaniedbana, egoistyczna i niepokojąco 'lepka'. W rzeczywistości miała reputację zawsze źle ubranej dziwaczki oraz snobki, która doskonale wcieliła się w kult Bloomsbury niejako przedłużając jego żywotność prawie o wiek. Jej załamania nerwowe zbiegały się zarówno z jej kryzysem kobiecości (śmierć matki w okresie pierwszej menstruacji, nadużycia seksualne i sugestie lekarza, by zrezygnowała z posiadania dzieci, co podtrzymywał również jej mąż), jak i z zakończeniem książek. Te ostatnie, jak twierdzi autorka "Nowego feminizmu", Natasha Walter, świadczą o tym, jak bardzo była przywiązana do swojej pracy i do zinternalizowanego poczucia winy związanego z pisaniem, które w końcu zaprzecza kobiecości. Przecież Woolf świadomie uśmierciła  Anioła  domu, nie tylko w akcie sarkazmu wobec mentalności wiktoriańskich żon, ale w obowiązku, jaki jest częścią zawodu kobiety-pisarki. Ciekawe, że po 80 latach od tego "morderstwa", kobiety z takim zapałem będą przywracać żywot bogini ogniska domowego i uosabiać ją chociażby z Nigellą Lawson. Co na to Virginia?



Wołowina, liść laurowy i wino.

(...) Dobry obiad jest niezmiernie ważny dla dobrej rozmowy.
Nie można dobrze myśleć, kochać czy spać jeśli się dobrze nie zjadło.

- Do latarni morskiej & Własny pokój



Niestety, czytając o kwiatkach, obrazach, dekoracjach, Londynie i kobietach, czytam o tym, co Virginia rzekomo uwielbiała i nie ma tam ani słowa o jedzeniu. O tym, co ci, którzy życie celebrują, zwłaszcza artystycznie, lubią robić i cenią je sobie szczególnie jedząc. A członkowie Bloomsburry smakoszami byli, koncentrując głównie letnie wizyty w Charleston na jedzeniu, gdzie z takim samym zapałam pałaszowali plotki o romansach, jak i ciasta Grace Higgens. Ich miłośniczką była również Virginia, która miała pojęcie o wypieku chleba i puddingu ryżowego. Co ciekawe, po swoim trzecim załamaniu nerwowym wybrała się nawet na kurs gotowania, podczas którego w puddingu upiekła swój pierścionek zaręczynowy. Czyżby więc faktem były domniemania, iż jedzeniem interesowała się wyłącznie okazjonalnie, w chwilach życiowych wzlotów, miłości i dzięki trosce męża?
Hermione Lee, biografka Woolf twierdzi, że to nie była anoreksja, gdyż ta bierze się z obsesji ciała. Tę opinię tylko po części poprze Emma Woolf. Felietonistka i dziennikarka, a prywatnie prabratanica Virginii, która sama cierpiąc na zaburzenia łaknienia i opisując swój wielki powrót po niemal dekadzie choroby, nie wykluczyła genetycznych uwarunkowań swojej anoreksji. Była akurat w trakcie pisania wspomnień ("An Apple a Day" / "Jabłko na dzień"), gdy pewnego dnia podczas niedzielnej prasówki natknęła się na zdjęcie Virginii z 1932 r. w towarzystwie TS Eliota i jego żony Vivienne, zatrzymując się na postaci, którą sama skomentowała, jako kogoś, kto cierpi na anoreksję.





TS Eliot z Virginią i żoną Vivienne w 1932 r.




Zaprzeczając rzekomej manii wyglądu, niechęć do jedzenie, jak stwierdziła, pojawiała się w obydwu przypadkach zawsze podczas wzrostu intensywności życia i emocji. Najczęściej tych złych. Analizując korespondencję oraz pamiętniki praciotki, Emma Woolf zwróciła uwagę na typowe dla anoreksji objawy podczas jej wspomnianego, trzeciego załamania jakie Virginia doświadcza w wieku 21 lat. W tym czasie ma za sobą już trzy próby samobójcze. Dla niej zaś, gdy w wieku 19 lat przechodzi miłosny zawód, jedyną skuteczną reakcją na paraliżujący ból stanie się rezygnacja z jedzenia. Nie jeść = nie istnieć.  





by Lady Ottoline Morrell 1917




Najbardziej trudnym i stresującym problemem, było zmuszenie Virginii do jedzenia.
Zazwyczaj mogłem nakłaniać ją do zjedzenia pewnej ilości, ale był to okropny proces. 
(...) Każdy posiłek trwał godzinę bądź dwie; siedziałem przy niej, wkładałem jej łyżkę 
lub widelec do ręki i co jakiś czas spokojnie prosiłem by jadła”.
- Leonard Woolf






Virginia i Leonard w 1925 r.  by Sydney J. Loeb tu



Mechanizm oddziaływania emocji na naszą podświadomość, a za jej pośrednictwem na ciało jest przeogromny i zawsze mnie fascynował. Dziś lekarze somatycy po właściwym wywiadzie są w stanie doskonale zdiagnozować przerzuty we wczesnym stadium nowotworów i po zastosowaniu wsparcia w postaci odpowiedniej psychoterapii wyeliminować przyczynę, a wraz z nią nawet potencjalną śmierć (niestety stale nie w PL). Jeśli nie to, w perspektywie mamy komórki macierzyste w walce z nim, z cukrzycą, celiakią, chorobą Parkinsona i innymi. Jednak, jakkolwiek wszystko dotyczy zaawansowanej inżynierii, biochemii i milionów wydawanych na skomplikowane badania to stale nikt nie pyta, co warunkuje geny i dlaczego w jednej rodzinie mamy profil nowotworowy, w innej schizofreniczny lub - jak się okazuje - nawet anoreksję? Wzorzec? 
To oczywiście nie jest tematem bloga, ale lunchu z Virginią jak najbardziej. Zwłaszcza w dobie kaszki jaglanej i bezglutenowej histerii, jaka obaliła dotychczasową piramidę żywienia i zmiażdżyła jej mit candidą oraz dowodami zakwaszania organizmu w stopniu wystarczającym na rozwój nowotworów. Wystarczy, by uświadomić sobie, że to w istocie nie geny stoją za tym, co dziś zjemy na obiad, lecz nawyk. A nawyk może być dobry lub zły. To zaś, co go wartościuje to poziom wiedzy, odpowiedzialność i wolny wybór. Trudno czasem złapać siebie "za rękę" i przewidzieć kolejny ruch, jakim okazuje się fatalna diagnoza. Trudno bowiem pojąć paradoks i irracjonalność przyczyn, które na to wpływają i ustawiają się za nami w jednym, a czasem nawet w kilku rzędach. Bywa, że wręcz nie jest to możliwe, ale można, a nawet należy ich szukać, odkrywając swój algorytm, który odpowiada za uwarunkowania i - jak wierzę - geny. Złamać go i odnaleźć własne "ja", co było głównym motywem twórczości Virginii, a który np. dzięki nędzy odnalazł Picasso. Odnalazł, doświadczył, spełnił. Być może stoi za tym siła ducha, być może cel, być może samo zjawisko. Dziś, jak stwierdza jej prabratanica, lekarze postawiliby Virginii przede wszystkim właściwą diagnozę, oferując psychoterapię i antydepresanty. Wtedy można było zalecić wyłącznie środki nasenne z barbituranami i przekarmienie. Nikt nic nie wiedział o zaburzeniach dwubiegunowych czy anoreksji, choć termin funkcjonuje od ponad dwóch stuleci.






Monks House 1931




Lęki Emmy, autoagresja Virginii i nienawiść do swojego ciała z powodu wewnętrznego odrzucenia kobiecości. U Emmy stał za tym miłosny zawód, u jej praciotki, co najmniej kilka poziomów, które nowe pokolenia kobiet będą jeszcze odkrywać i reinterpretować wraz z całym jej dorobkiem, obalając być może mit ikony feminizmu, któremu w głębi tak bardzo przecież zaprzeczała. Ten wewnętrzny konflikt pchnie ją w końcu nad rzekę Ouse, nad wodę, która przy całej swej złożoności jako symbolu jest żywiołem kobiecości. Utonęła w nim, w swoim własnym paradoksie. Była jednak wielką postacią i wielką inspiracją, paradygmatem literackiej walki kobiet i mentalnym przełomem w największym złudzeniu ludzkości: wyższości mężczyzn nad kobietami. Oprócz całego społecznego tła czasów w jakich żyła i świadomości, którą miała, zmagała się z własnymi demonami, z powodu których dziś jawi mi się czasem nie jako symbol lecz bardziej jako natchnienie dla samej siebie, które uwolniło się spod ciężaru umysłowego sado-masochizmu, bezimiennego życia i myśli, jakimi rozszarpywała je kawałek, po kawałku. Celowo? Jej życie od samego początku było zdeterminowane rolą pisarki, dlatego wszystkie inne relacje wydają się być wtórne. Może nawet najbardziej ta, jaką tworzyła z mężem, z powodu anoreksji nie będąc tą, którą chciała być - matką.
No, ale jest Orlando. Wiele fabuł, wiele żyć, czasem to samo miejsce, do którego się powraca by coś zakończyć. Być może tym razem zrobi to Emma. Wiele fabuł, wiele żyć i jeden scenariusz, jaki dopinamy zawsze na końcu, gdy wyzwalamy się z podziałów i złudzeń, inspirując do przekonania, że płeć to tylko okazja do czegoś. Jedna z najpiękniejszych metafor nieskończoności, z miłością w tle i wyznaniem, które równie dobrze Virginia mogła zapisać w ostatnim liście, jak woda dochowując wierności wyłącznie sobie i odwracając odmęt chaosu Ouse w nowy początek:


"(...) Zmieniła się. Nie jest już w pułapce przeznaczenia.
I od kiedy wyzbyła się przeszłości odkryła, 
że jej życie dopiero się zaczyna."



Emma Woolf




2 komentarze:

Margarithes pisze...

Niezwykłe :) dziękuję

Vi pisze...

Ja również dziękuję. Autorce tekstu i Margarithes dzięki której tutaj trafiłam ;)

Prześlij komentarz